English Polish

USA Trip – part 2

10614047_759890497388203_1234635993_n

Wtorek, 01.07.2014, godzina 13:00 – cały czas jesteśmy jeszcze w gorącej i bezwietrznej Kalifornii. Siedzimy pod sklepem, oparte o ścianę. Jemy arbuza, lody i pijemy pyszną, mrożoną kawę. Gdzie nam się to wszystko mieści?! Ilość picia i jedzenia jaką spożywamy jest anormalna. Pierwszy raz w życiu nie liczę kalorii i nie mam wyrzutów sumienia.

W Mammoth Lake odwiedzamy bibliotekę, w której podłączamy się do sieci i ładujemy sprzęt. Ania czeka na mnie przed wejściem, pilnuje rowerów i odpoczywa. O dziwo sama – nikt jej nie zaczepia i o nic nie pyta. Około godziny 17:00 ruszamy drogą 395 na południe. Nawigacja raz działa raz nie. Pedałujemy, bo do kolejnego przystanku mamy jakieś 70 km. Śpiewamy, słuchamy muzyki, dyskutujemy. Czas płynie nam szybko, ucieka kilometr za kilometrem. W końcu wjeżdżamy do miasta, które tętni życiem. Pełno tutaj turystów, wszytko wydaje się być takie spokojne, nierealne, inne… Jest godzina 23:00, siedzimy pod Mc Donald`s w Bishop.

10617577_759890067388246_483036756_nPrzychodzi sms od Oli (koleżanki Ani, która w Stanach mieszka od kilku lat): ,,przejazd w lecie na rowerze przez Dolinę Śmierci jest zakazany, nie działają tam telefony komórkowe i nie można przejeżdżać w nocy bez pozwolenia. Trzeba uważać na żmije, skorpiony, kojoty i wiele innych zwierząt. Proponuję żebyście pojechały objazdem do Las Vegas”.

Dyskutujemy z Anią dość długo jaki wariant przejazdu powinnyśmy wybrać, rozważamy za i przeciw, ale nie dajemy za wygraną. Chcemy jechać na południe – przejechać najgorętsza cześć Death Valley. Zobaczyć Badewater. Kupujemy kolejnego fishburgera , frytki i coca-colę, uzupełniamy bidony, i objadamy się na krawężniku przed Mc Drive´m. Jest ciepła noc, brzuchy mamy pełne, czas więc poszukać jakiegoś miejsca do spania. Ania wypatruje jakiś mały kościół z ogródkiem. Mamy tylko jedną karimatę, 2 śpiwory i plecaki, które służą nam za poduszki. Śpimy jakieś 2 godziny, pakujemy ,,sypialnię” do sakw i ruszamy w drogę. Opuszczamy Bishop i już po kilku kilometrach gubimy się na dobre. Jesteśmy w szczerym polu, przez głowę przechodzą mi tysiące, dziwnych myśli. Atakujące misie nie wchodzą w grę, ale węże, kojoty i seryjni mordercy – jak najbardziej. Nie widzimy żadnych świateł, nie wiemy gdzie jesteśmy. Zaliczam jeden upadek po drugim. Nie wiem czy to ze zmęczenia czy zdenerwowania? Jeździmy gdzieś w koło, nawigacja kieruje nas na drogę, której nie ma. Z mapą jeszcze za bardzo sobie nie radzę, więc zwiedzamy okolice. Nagle pojawiają się światła. Wszystko wydaje się być takie namacalne i na wyciągnięcie ręki, ale w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Jedziemy i jedziemy, 10 km za nami a końca nie widać. Wreszcie dojeżdżamy do głównej drogi. Staram się jakoś odnaleźć na tym pustkowiu, Ania zaczyna marzyć o spaniu… jest noc.

Patrol policyjny okazuje się być naszym wybawieniem. Przestrzega nas przed zjeżdżaniem na południe, to naprawdę jest zbyt niebezpieczne. Kieruje nas na drogę, której nie ma na naszej mapie. Naradzamy się z Ania jeszcze raz i podejmujemy ostateczną decyzję. Wybieramy bezpieczniejszy wariant i jedziemy w kierunku Big Pine, skąd droga 168 poprowadzi nas przez północną część Death Valley.

Środa, 2 lipiec, noc. Ania czuje się fatalnie, jest gdzieś daleko za mną, co jakiś czas pcha rower. Zaczynamy dyskusję na temat małej ilości snu na trasie. Dochodzi do małej sprzeczki. Staram się ją przekonać, że nie po to tu przyjechałyśmy i spać będziemy w Nowym Jorku, ale moje argumenty nie przemawiają. Żartuję, choć sama mam już tego wszystkiego dość. Po kilku chwilach atmosfera się polepsza, śmiejemy się same z siebie – jest dobrze. Zaczyna świtać, obserwujemy piękny wschód słońca, dyskutujemy o wszystkim i o niczym. Na ławce robimy przerwę, ubieramy nasze odlotowe ,,kostiumy”Odlo, uzupełniamy 4 bidony wodą nieznanej nam jakości . Ania pije pierwsza, po godzinie nie ma sensacji żołądkowych więc uznajemy ją za zdatną do spożycia. Idzie się ciężko, jedzie jeszcze gorzej. Na termometrze rowerowym już ponad 48° C. Idziemy przed siebie, z 10617547_759890087388244_570916338_nprawej i lewej strony otaczają nas skały, podziwiamy piękne widoki, jesteśmy już bardzo zmęczone ale też bardzo szczęśliwe… Co jakiś czas przejeżdża auto. Kierowcy dziwnie na nas patrzą, nie wierzą własnym oczom, robią zdjęcia. Temperatura na liczniku 54,8° C a my czujemy się jak ryby w wodzie.

Euforia wzięła górę nad zmęczeniem. Pojawiają się łzy szczęścia. Staram się zapamiętać każdy szczegół przyrody , która mnie otacza. Jadę przed Anią. Asfalt ciągnie jak zwariowany, 62 km/h na moim liczniku. Łzy lecą ciurkiem, nie potrafię i nie chce nad tym zapanować. Nigdy nie byłam taka szczęśliwa i nie czułam się taka wolna. Na horyzoncie pojawia się jezioro a za nim oaza – niesamowite wrażenia. Humor mamy taki, że uśmiechy nie schodzą nam z twarzy. Pełne radości postanawiamy zrobić sesję zdjęciową dla Odlo.

10602596_759890180721568_1295538760_nJeszcze jakieś 5 km i wjazd do Oazy gdzie spotykamy Jill, która oferuje pomoc. Mówi, że jest tam kilka domów i dużo ludzi, więc ktoś nas przygarnie. Docieramy do kolejnej Jill, która jest przemiła – oferuje prysznic, miejsce do spania, wodę i jedzenie. Jest godzina 13:00 samo południe, słońce smaży niemiłosiernie, więc postanawiamy zostać tam jakieś 3 godziny. Wybieramy zacienione miejsce w ogródku. Ania zasypia od razu, ja korzystam z prysznica, przygotowuję rowery, opracowuję dalszą część trasy i robię małe pranie. Budzę Anię i teraz ona idzie się wykąpać. W zasadzie wszystko już gotowe, czas na lunch w Deep Springs. Potem jeszcze jedna krótka drzemka i około 16:00 wyruszamy. Dalej jest potwornie gorąco, ale my czujemy się super. Zmęczenie minęło, akumulatory naładowane w pełni. Robimy zdjęcia, jesteśmy naprawdę szczęśliwe, trochę jedziemy trochę pchamy. Prowadzimy dyskusję dotyczącą gościnności i serdeczności Amerykanów. Wiatr nam sprzyja, rower pędzi jak oszalały, droga jest kręta. Wreszcie mogę się wyszaleć, jadę bardzo szybko. Myślę, że Ania została w gdzieś w tyle, ale o dziwo nie, tym razem postanowiła też oddać wodze fantazji i pchana radością, jedzie jakiś kilometr za mną. Na horyzoncie pojawiają się jeziora i małe oazy – to Gold Point.

10602623_759890487388204_46903721_n10589042_759890484054871_2146265656_n

Do centrum musiałybyśmy nadłożyć drogi, a że mamy jeszcze trochę wody więc jedziemy dalej. Już po kilkunastu kilometrach okazuje się że podjęłyśmy złą decyzję – jesteśmy spragnione, ale radzimy sobie z sytuacją. Zatrzymujemy białe auto. Super rodzina – zimna cola, woda, świeże owoce. Nie na długo nam to starcza, więc wypatrujemy kolejnej ofiary. Tym razem to małżeństwo, ale mają tylko wodę. Na pustyni pijemy około 10-13 litrów dziennie. A może nawet więcej. Ani rower jest wyposażony w 2 bidony 2X700 ml, mój 7x750ml plus mocowanie na butelkę 1,5 litrowa. Razem mamy jakieś 8 litrów. Tankujemy się zawsze do pełna, zabieramy też jeszcze coś dodatkowego do plecaka i rezerwę do sakwy, tak na wszelki wypadek. Wreszcie trafiamy na jakąś mała farmę. Młody, przystojny Amerykanin napełnia nasze bidony wodą z lodem.  Jedziemy dalej do drogi 95 w kierunku Scotty´s Junction.  Ta podróż się nie kończy. Jest noc, Ania usypia na asfalcie. Dobrze, że nie znajdujemy się na ruchliwej drodze. Stoję nad nią z 3 czołówkami, patrzę czy nie nadjeżdża jakiś samochód, pilnuję ,,ciała” na asfalcie, które nie daje znaku życia. Co jakiś czas mija nas jakieś auto, na szczęście nie ma żadnych dzikich zwierząt ani gadów. Wytrzymuję jakieś pół godziny i próbuję obudzić Anię, ale zero reakcji. Kolejny kwadrans i kończy się moja cierpliwość. Jedziemy dalej, jest ciemna noc, a na horyzoncie nie widać ani jednego światła. Ania zatacza się na rowerze. W końcu dojeżdżamy do rozwidlenia dróg. Jest 12.00 w nocy jesteśmy na drodze 95 w kierunku Beatty. Wkoło żywej duszy, brak pasa rowerowego, po prawej i lewej stronie baraki, rozbite samochody. Szukamy jakiejś noclegowni ale wszędzie straszy. Nagle zatrzymuje się jakiś trak, widząc nasze światła. Ania postanawia skorzystać z okazji i poprosić kierowcę o zabranie z tego przerażającego miejsca. Ja się waham i mówię, że się spotkamy w Betty. Nie tak miała przebiegać nasza podróż. Nie było mowy o jeżdżeniu autem!

Miguel zabiera nas jednak ze sobą i podwozi jakieś 30 mil. Cały czas nie ma pasa bocznego, ruch nocny bardzo duży. W Beatty jesteśmy około 2:00 w nocy. Głód daje sie we znaki, ale wszystkie restauracje są już zamknięte. Stacja benzynowa oferuje chipsy, lody, zapiekanki. Na kolejny fast-food nie mamy ochoty. Szukamy miejsca do spania. Ciepły asfalt przy kasynie i motelu wydaje się być bezpiecznym miejscem. Głód nie daje mi spać. Mam wrażenie, ze mój żołądek zaprzyjaźnił się z kręgosłupem. Ania jeszcze śpi. Piję kawę w motelu. Drugą kawę dla siostry dostaję w prezencie od przemiłej pani z obsługi. Ania śpi i wygląda słodko. Serwuję jej kawę do „łóżka”, ale szczęścia na twarzy mojej siostry nie widać. Na samą myśl o wyjściu ze śpiwora robi jej się niedobrze. Jemy śniadanie w kasynie, potem szybka toaleta. Ania jest bardzo zmęczona, ucieka gdzieś za motel i śpi jeszcze 30 minut. Ja w tym czasie uzupełniam picie, robię zakupy i planuję trasę w kierunku Las Vegas.

Jedziemy przez Amarosa Valley, Mercury, Indian Springs drogą 95 do Vegas. 10615689_759890274054892_935897971_nNatężenie ruchu jest potworne. Auto za autem, trak za trakiem. Pobocze stosunkowo wąskie. Najgorszą zmorą okazuje się wiatr, który wieje z taką siłą, że ledwo co poruszamy się do przodu. Jadę pierwsza. Co 10 km robimy przerwę, ale wieje tak silnie, że nawet taki dystans okazuje się być morderczy. Nie mam już siły. To mój pierwszy kryzys, który dopadł mnie na trasie od momentu startu. Mam wrażenie, że nie poruszamy się do przodu tylko stoimy w miejscu. Fizycznie czuję się bardzo dobrze, rozpiera mnie energia ale psychika siada. Jestem zła na ten przeklęty wiatr, składam zamówienie do Wszechświata i czekam na realizację . Nic z tego -chyba mają dzień wolny od pracy! Wieczorem dojeżdżamy pod motel i stacje benzynową. Jesteśmy wykończone. Kupujemy piwo i Margaritę w puszce. Obrzydlistwo. Do tego jemy po 2 lody, które zapijamy mrożoną kawą.   Moja siostra marzy o puszczeniu ,,dymka”- bardzo szybko znajduje sobie dwóch Meksykańczyków na motorach, którzy chętnie zapalają fajkę ze starszą połową teamu Sistersonabike.

Lekko szumi mi w głowie. Jesteśmy brudne, zmęczone i spocone. Idziemy do motelu, bierzemy pokój na 3 godziny. Mam przywilej skorzystania z prysznica jako pierwsza (tak już zostaje do końca naszej wyprawy). Ania zasypia od razu. Robię pranie i sączę zimne piwko w łóżku. Teraz kolej na Anię. Mamy jeszcze trochę czasu na odpoczynek.

Motel opuszczamy około północy. Mam mało powietrza w obu oponach. Staramy się zlokalizować dziurę w tylnej dętce, ale próba okazuje się bezskuteczna. Ania pompuje obydwa koła i ruszamy dalej.

Na peryferiach Las Vegas jesteśmy około 4 nad ranem. Ania rozkłada śpiwór i karimatę pod jakimś sklepem. Ja siedzę na czatach, nie mam ochoty na sen. Znowu jestem głodna, kupuję niesmaczne fasolowo- serowe burrito ( Ameryka nie pomyślała o wegetarianach). Jem z niesmakiem, przejeżdżający patrol policyjny przygląda się Ani, która śpi w ukryciu. Wyjaśniam sytuację i odjeżdżają. Pobudka, za długi sen jest niezdrowy! W drogę…

 

 

 

  Anna Wyroślak  /    29 August 2014  /   usa  /   2 Comments

comments

  1. heca /

    Wiecie, że jesteście moimi hiroł :* :)

  2. kurczak /

    dziewczyny jestescie niesamowite. trzymam za was kciuki.

Comment this post