English Polish

USA Trip – part 1

IMG_0275

IMG_0275Przygotowania do wyprawy rozpoczęły się całkiem spontanicznie. Pomysł wyjazdu do USA zrodził się w mojej głowie w drodze do pracy na początku maja tego roku. Codzienność, korki uliczne, hałas i szara rzeczywistość – tak niewiele trzeba żeby wpaść na jakiś zwariowany pomysł. Krótki telefon do Ani czy podejmuje wyzwanie, a potem cała reszta. Planowanie trasy, pozyskiwanie sponsorów, gromadzenie sprzętu, tworzenie strony, rozmowy o ryzykach i zagrożeniach i 1000 innych rzeczy, których nie sposób wyliczyć.

27.06.2015 10:25 wylot z Berlina (z przesiadką w Chicago) do San Francisco. Jakie wielkie zrobiłyśmy oczy, gdy okazało się, że nasz bagaż, w którym znajdowały się rowery został w Chicago. Niby nic się nie stało ale rower to jednak dość istotny element naszej wyprawy.
Sytuacja wymusza pierwszą zmianę planów : do hotelu jedziemy komunikacją miejską a nie jak planowałyśmy rowerami właśnie. Jemy kolację, pijemy ostatnią lampkę wina i idziemy spać.Od tej pory nie będzie już czasu na sen ani leżenie w wannie. Rowery przysyłają do hotelu około 2.30 w nocy. Składanie i pakowanie sprzętu ,zapoznanie się z nawigacją (która notabene nie funkcjonuje), i ustalanie trasy to tylko kilka rzeczy, którymi zajmujemy się aż do rana. Po śniadaniu opuszczamy hotel. Wtedy uświadamiam sobie po raz pierwszy, że cała ta wycieczka to jeden wielki spontan, do którego nie jesteśmy profesjonalnie przygotowane. Nie mamy wyjścia – musimy blefować.
Nie mam doświadczenia w nawigowaniu mapą, sprzęt który mamy – nie działa, naprawa roweru to dla mnie temat tabu. Wcześniej korzystałam z usług takiego dobrodziejstwa jak serwis, koło zmieniałam raz w życiu. Spanie w śpiworze to nowość jakich niemało na tej wycieczce. Do tego brak prysznica, kremu do twarzy czy golarki do nóg… Zapowiada się obóz przetrwania.

Około 8:30 po nieprzespanej nocy opuszczamy hotel. Testujemy sprzęt na głównej ulicy w San Francisco. Mam tylko jeden sprawny hamulec, reszta jest w porządku. Rower Ani funkcjonuje bez zastrzeżeń. Kupujemy gaz pieprzowy, udajemy się do T-Mobile (przyłączamy się do sieci komórkowej jednego z najgorszych operatorów jeżeli chodzi o zasięg), dwukrotnie jesteśmy w serwisie Apple ( telefon dostałam od Ani w prezencie na dzień przed wyjazdem). Nie mamy mapy.

IMG_0088
San Francisco tętni życiem, tłoczno tu i gwarno. Włączamy w telefonie nawigację i jedziemy przez miasto. Krążymy dobra godzinę i docieramy do promu, wydaje nam się że to jedyna możliwość wyjazdu. Napotkani rowerzyści proponują nam wyjechać z miasta metrem, twierdzą że tak będzie najszybciej i najwygodniej. Kupienie biletu graniczy z cudem. Bezdomny, miły Amerykanin, pomaga nam , kasując przy tym 4 dolki napiwku dla siebie. Śmiejemy się, że nie tanie są te dodatkowe usługi . Na peronie poznajemy kilku młodych ludzi. Niektórzy są dość mocno ujarani trawą, bądź innym dobrodziejstwem. Wsiadamy do ostatniego wagonu i jedziemy aż do stacji West Dublin.

Za datę i godzinę rozpoczęcia wyprawy przyjmujemy sobotę, 28 czerwca, godz. 18:00 czasu amerykańskiego (niedziela, 29 czerwca 02:41 czasu polskiego). Nasz pierwszy cel to Park Narodowy Yosemitte, od którego dzieli nas jakieś 200 km.
Nawigacja co chwilę się zawiesza, bateria w telefonie już prawie na wyczerpaniu – dobrze, że mamy dodatkowe źródło zasilania. Jedziemy drogą rowerową, podziwiamy willowe okolice, wymieniamy poglądy na temat przyrody, ludzi i wszystkiego co nas otacza. Wyjeżdżamy za miasto, jedziemy droga asfaltową, chłodny wiatr wieje w plecy, asfalt ciągnie do przodu. Widoki piękne, żyć nie umierać. Po drodze robimy zakupy spożywcze i kupujemy mapę. Jedziemy droga 120, zapada zmrok. Pierwsza noc przed nami. Zmęczenie i brak snu dają się we znaki. Około 4.00 nad ranem lokujemy się przy recepcji na polu namiotowym. Rozkładamy karimatę i śpiwory. Jest zimno i wilgotno pewnie śpimy gdzieś w okolicy jeziora. Nawigacja nie funkcjonuje, telefon nie ma zasięgu, od czasu do czasu przejeżdża jakiś samochód, ale mamy wrażenie, że jesteśmy na końcu świata. Ania śpi jak ,,zabita”, ja czuwam. Cały czas mam wrażenie, ze ktoś lub coś krąży dookoła. Jakieś dziwne dźwięki docierają do mnie. Na myśl o ,,Predatorze’’ robi mi się gorąco. Jedyna broń jaką dysponujemy to nóż i gaz pieprzowy. Wytrzymuję tak jeszcze jakieś 1,5 godziny a potem budzę Anię i jedziemy dalej, do pierwszego sklepu. Chcemy się trochę odświeżyć i napić gorącej kawy.

Jest wcześnie rano. Sprzedawczyni, którą mamy przyjemność spotkać jest mega-pozytywnie zwariowana. Na nasz widok wrzeszczy jak oszalała, pyta gdzie jedziemy i na jak długo. Robi zdjęcia, prosi o autograf. Udostępnia nam łazienkę i serwuje świeżą kawę. Kupujemy chipsy, orzechy, ciastka – wszystko to, na co mamy ochotę.
Wykąpane w umywalce, ubieramy się w stroje Odlo, zasłaniając ciało przed promieniami słonecznymi i w drogę. Jest gorąco, bezwietrznie, zaczynają się podjazdy. Czasem trafi się jakiś zjazd, ale zbyt mały, żeby wyjechać podjazd bez pchania roweru. Ania ma jakieś 10 kilogramów nadbagażu, który już poważnie daje się jej we znaki ( pokłóciłyśmy się o to już w samolocie ). Nadmienię tylko, że moja starsza siostra zabrała ze sobą na wyprawę wszystko to, co uważała za niezbędne. Notes, 1kg odżywki białkowej, portfel, duża pastę do zębów xxl, żel pod prysznic, szampon, parę butów, ręcznik … itd. wszystko to, co można było upchnąć w sakwach.

Staram się podkręcić tempo, ale jęki z tyłu są coraz głośniejsze. Co jakiś czas pchamy rowery. Jest już bardzo gorąco ale w strojach Odlo czujemy się komfortowo. Ania nie daje już rady. Jest południe, słońce smaży niemiłosiernie, zamieniamy się na rowery. Ja pcham jej, ona mój, ale tylko przez chwilę. Tylni hamulec w rowerze jest totalnie zapieczony, nic dziwnego że jej ciężko – koń by tego nie uciągnął. Nasz pierwszy problem techniczny, zakończony demontażem. Przy okazji smarujemy łańcuchy, sprawdzamy ciśnienie w oponach i improwizujemy. Od paru kilometrów nie mamy już wody. W końcu dojeżdżamy do Mariposa, poznajemy Nata, który oferuje pomoc przy naprawie roweru (niestety bezskuteczną), daje nam nowa mapę, tłumaczy jak najlepiej przejechać przez Yosemitte National Park i zaznacza sklep rowerowy w Mammoth Lake. Nate szacuje, że będziemy tam najwcześniej we wtorek. W międzyczasie nasz i-phone, który już od dłuższego czasu służy nam tylko jako aparat fotograficzny zaczyna nabierać rumieńców. Chłodzimy go, polewamy wodą. Temperatura na termometrze rowerowym Sigma pokazuje 48°C.

Jedziemy dalej, w nogach mamy już jakieś 220 km. Kolejny kryzys mojej starszej siostry, tym razem to już coś poważnego. Rozkładam karimatę i ręce mi się trzęsą jak patrzę na jej bladą twarz. Za pół godziny robi się znowu śmiesznie i wszystko wraca do normy. Twarda z niej sztuka, potrafi się szybko regenerować.
Siedzimy u kogoś na tarasie, dom wygląda na opuszczony. Podejmujemy decyzje o zredukowaniu bagażu. Segregujemy, odkładamy połowę i zostawiamy naprawdę najpotrzebniejsze rzeczy. Szkoda to wszystko wyrzucić (przede wszystkim GPS Garmin, który nawet nie zaskoczył na amerykańskiej ziemi). W motelu w miejscowości Mariposa nadajemy paczkę do NY – jakieś bagatela 7 kilo. Czas najwyższy aby coś przekąsić, na szczęście niedaleko znajduje się mała restauracja, gdzie podają pyszne jedzenie : łososia, ryż, warzywa, sałatkę i zupę. Potem sen na trawie, łatanie dętki w moim Stevensie, kawa i coś słodkiego. Jest około 2:00 w nocy, lżejsze i ponownie uśmiechnięte ruszamy dalej.
W zasadzie zaczął się moment kiedy czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, a doba dzieli na tą, po zapaleniu i zgaszeniu czołówki.
Jest jeszcze ciemno, podjeżdżamy pod główne wejście Parku Narodowego Yosemitte. Szybka sweet focia i jedziemy dalej.

IMG_0242Słońce zaczyna powoli budzić się do życia. Wyłączamy czołówki i zostawiamy tylko czerwone pulsujące światła z tyłu. Mamy przed sobą jakieś 200 km do przejechania, wszystko na terenie parku, głównie górami. Jedziemy Curry Village, przez Yosemitte Village do Crane Flat, gdzie znajduje się stacja benzynowa. Nie udało nam się jeszcze dobrze zaparkować rowerów, a już mamy towarzystwo. Takiego fun-clubu nie oczekiwałyśmy. Grupa Japończyków ustawia się do zdjęcia, opowiadają o swoich osiągnięciach sportowych, wymieniamy wizytówki, proszą nas o autograf. Inni kierowcy robią zdjęcia naszych rowerów, pytają o trasę, sprzęt, czas trwania wyprawy. Śmiejemy się do rozpuku i idziemy robić zakupy. Pozwalamy sobie na wszystko to, na co mamy ochotę, nie pierwszy raz zresztą. Jemy i pijemy ile się da, kąpiemy w umywalce, opowiadamy dowcipy i śmiejemy się same z siebie. Znajdujemy się około 1800 m.n.p.m. Kilkanaście podjazdów już za nami. Cała droga to góry, czasem trafi się jakiś fajny zjazd ale jest ich tutaj jak na lekarstwo. Gorąco nas wykańcza, ucinamy sobie małą drzemkę na ławce i ponownie to samo, jedziemy, tym razem drogą Tioga Rd (osiągamy około 3000 m.n.p.m). Jesteśmy tak bardzo zmęczone i spragnione, że kąpiel w strumyku wydaje się być sensownym rozwiązaniem. Pedałujemy dalej, po prawej i lewej góry, jeziora i niezapomniane obrazy, które na cale życie pozostaną nam w pamięci. Łzy szczęścia leją mi się ciurkiem, nie mogę się powstrzymać i uwierzyć, że tutaj jestem! Oddajemy wodze fantazji, jeden długi zjazd, ale zaraz kolejny podjazd i emocje słabną. Następnie wypłaszczenie – zaczyna robić się zimno. Ubieramy się i za chwilę rozbieramy ponownie.

W końcu około 21.15 dojeżdżamy do campu. Wody nie mamy już od 2 godzin, zero konkretnego jedzenia. Zostały nam na szczęście batony energetyczne, które koleżanka Ani, Kinga, zrobiła specjalnie dla nas przed wyprawą .Sklep zamknęli kwadrans temu. Na szczęście kolejny miły człowiek stanął na naszej drodze i zorganizował posiłek ( pasta instant zalana gorącą wodą, jakiś owoc do tego i picie ). Obsługa campu wyraża zgodę na nasze towarzystwo ( tutaj miejsce trzeba rezerwować z dość dużym wyprzedzeniem ). Nie tracimy czasu, kładziemy sie spać. Miejsce przy drzewie, spanie w śpiworze pod gołym niebem, jedna karimata, wilgoć i zimno – nic przyjemnego. Znowu czuwam, nie lubię nocy, trzęsę się jak galareta, wyglądam misia … po 3 godzinach pobudka. Po wielkiej walce udaje mi się nakłonić Anię do dalszej drogi. Jest koło 3 nad ranem. Korzystamy z toalety na kempingu i ruszamy droga numer 395 do Mammoth Lake w stronę serwisu rowerowego.

GOPR1089Jedziemy nocą, zerowe natężenie ruchu, pierwsze kilka kilometrów jeszcze pod górę a potem jakieś 30 km zjazdu. Przeszywa nas zimno, w wyższych partiach gór, na zachodniej ścianie leży śnieg. Temperatura około 9°C, odczuwalna w okolicach zera. Rozpędzam się do 60 km/h, jest jeszcze chłodniej, ale czuję wolność. Czekam na Anię. Gasimy czołówki, podziwiamy piękny wschód słońca, jedziemy stara droga o kiepskiej nawierzchni. Słońce zaczyna smażyć coraz mocniej. Ściągamy kurtki i spodnie. Postanawiamy dotrzeć na najbliższego baru w takich strojach jakie mamy na sobie. Około 10.00 jemy śniadanie – hamburger z jajkiem i serem w środku, a potem jajecznica na dokładkę i kawa stawiają nas na nogi. Spotykamy starsza rodzinę, która nie może uwierzyć ze jedziemy tak daleko, nie pierwszą i nie ostatnią zresztą. Krótki „ small talk” i w drogę. Do Mammoth Lake jest jeszcze trochę kilometrów. Tym razem droga 395, ostatnie 10 km znowu pod górkę. Jedziemy co prawda na rezerwie, ale myśl o kolejnym postoju napawa nas optymizmem. Docieramy do sklepu rowerowego. Sympatyczni sprzedawcy, mechanicy i klienci nie mogą uwierzyć, że przemierzamy kontynent. Wręczamy wizytówki na potwierdzenie naszych słów. Uśmiechy, radość i super serwis !!! Naprawa hamulców, godzina snu pod strażą pożarna, odbiór rowerów ok. 13:00. Zakupy w supermarkecie, kąpiel w kranie, tysiąc nowo poznanych pod sklepem przyjaciół. Poznajemy także Johna, który przysiada się na dłużej, pomaga zaplanować drogę do Doliny Śmierci i Las Vegas, ostrzegając nas jednocześnie, że to skrajna głupota ze względu na panujące tam temperatury ( podobno to najgorętsze miejsce na ziemi). My jednak jesteśmy jak zwykle uparte. Plan mamy taki, że Dolinę Śmierci przejedziemy nocą. W ciągu dnia spałyśmy godzinę. Ania już straszy, że to dla niej za mało i że nie da rady tak dłużej.

  admin  /    5 June 2014  /   usa  /   3 Comments

comments

  1. Helga und Andrea /

    Viel erfolg

  2. HECA /

    JESTEM TAK PEŁNA PODZIWU, ŻE OPISAĆ TEGO SŁOWAMI NIE ZDOŁAM !!! DLA MNIE OSOBIŚCIE TO JAKIŚ KOSMOS ;-) JESTEŚCIE WSPANIAŁE !!!! I LOVE YOU !!!

  3. heca /

    Niesamowita przygoda, jak w filmie :)

Comment this post