English Polish

USA- Moja Perspektywa

zdjęcie

Zgodnie z założeniami, kolejną ,,perełką” na mapie naszej podróży, zaraz po Yosemitte National Park, Death Valley i Las Vegas miał być Wielki Kanion Colorado.

Perła to miała być, diament w koronie!

Stało się, dyskusja była między nami zażarta, bo albo jedziemy i się na przykład usmażymy w końcu i na pewno nie zdążymy w 22 dni, albo nie jedziemy, uciekamy trochę wyżej, gdzie temperatura pozwala cieszyć się oddechem w środku dnia, zmieniamy kolejne Stany na mapie i czkawką nam się będzie dożywotnio odbijać, że byłyśmy w USA i Kanionu nie widziałyśmy!

zdjęcie 6Mnie w sumie nie zależało aż tak bardzo, sporo i tak miałyśmy minąć kanionów przeróżnych po drodze, wszystkie w sumie podobne pewnie, ale jak patrzyłam na moją siostrę, to widziałam że jej się serce ,,kroi ” po prostu. Ona ten właśnie Kanion chciała zobaczyć! Nic nie było równie ważne, to było jej clu. Próbowałam tłumaczyć, że nie można zjeść ciastka i nadal mieć ciastko, więc albo jedziemy do Kanionu Colorado i szlag trafił 22 dni na bank, albo ona jedzie sama i jest szansa, że się wykończy po drodze, ja biorę auto, bo na pewno nie dam rady, albo jedziemy przez Stan Colorado , gdzie podobno jest trochę chłodniej jako Sistersonabike w duecie.
Trochę łez się wylało przy okazji, każda z nas miała zapewne swój własny powód do żalu…

Tym razem, o dziwo, zwyciężył jednak rozsądek. Zapadła decyzja, że kierujemy się do Utah , przez St. George, Zion National Park, Salina, Green River i potem prosto do – Colorado.

Moja młodsza siostra złożyła wtedy obietnicę, że zobaczy Wielki Kanion najpóźniej w roku 2015.

…Będę po prostu musiała znowu przyjechać do USA…

No to Sistersonabike na bicyklety i w drogę… mordercza to była jazda, maksymalna temperatura 55 stopni Celsjusza, brak wody, zmęczenie, do tego potworny ruch na drodze. Humory miałyśmy nie najlepsze jednym słowem, ale też ciężko siebie wpędzić w dobry nastrój, jak serpentyna za serpentyną, za nią kolejna, a potem jak człowiek myśli że to już koniec, to nagle okazuje się że to ledwo początek…. męczarni.

W końcu dotarłyśmy do St.George, dosłownie jakieś 500 metrów przed Burger Kingiem, który miał być naszym pit stopem mojej siostrze dosłownie roztopiły się opony… obie!zdjęcie
Kolejna niespodzianka na wycieczce … Chyba pomyślałyśmy o tym samym jednocześnie, tylko każda z nas, zrobiła w głowie wizualizację własną: Iga, że jest przed 19.00 i jak natychmiast nie dotrze do serwisu, to przymusowy przystanek do rana i znowu parę godzin w plecy, ja że cieplutkie łóżko, kąpiel, a potem parę godzin błogiego snu w ludzkich warunkach…. Wziął więc, sisterek – terminator rower na plecy i puścił się biegiem przed siebie w poszukiwaniu serwisu.

zdjęcie 2Nie było jej ze 2 godziny…. W międzyczasie podpięła zapasowy akumulator w środku do sieci, ale jakiś człowiek, dobrej zapewne woli postanowił, że jemu przyda się bardziej niż nam. Zostałyśmy bez zasilania. Telefon zdechł, padła kamera GoPro i moja Sigma, ukochana przednia lampa, której w sumie potrzebujemy w nocy najbardziej. Obiektywnie patrząc na sprawę, masakra!

Wróciła w końcu Iga, zapłakana taka, że jak ją tylko zobaczyłam to wiedziałam od razu, że dzisiaj już raczej nigdzie dalej nie pojedziemy. Nie zdążyła jednak do tego serwisu przed zamknięciem.

Jak zwykle, zrobiło mi się przykro. Spojrzałam w górę, a niebo przybrało granatowy zdjęcie 3kolor…. Pomyślałam, że mimo tego co nas spotyka , ktoś chyba czuwa jednak nad nami na wyprawie, bo prawdopodobnie burza zastałaby nas w nocy w górach i odbiła się mega czkawką.

Zdecydowałyśmy że bierzemy hotel, ale nie przy stacji za 150 dolarów, tylko w mieście, blisko serwisu, co pozwoli zaoszczędzić parę baxów i sprawi, że rano będziemy pierwszymi klientkami -notabene z zagranicy J. Taxi kazało czekać na siebie ponad godzinę. Za to właściciel hotelu okazał się przemiłym człowiekiem. W nagrodę, za ,, dzielność ’’ dostałyśmy królewski pokój z ogromnym łóżkiem za pół ceny, kąpiel, sen, kawkę i śniadanko. Potem była naprawa. Body Geometry Fit. Iga dostała grubaśne, amerykańskie opony, ciężej się jej pedałować będzie co prawda, ale przynajmniej nie będzie marudzić, że ja wiecznie nie nadążam. zdjęcie 4Moja Orbea, fantastycznie – trochę dopompowali chłopcy powietrza , naprawili hamulec, podciągnęli jakąś śrubkę. W między czasie uzupełniłam prowiant, parę sweet foci z amerykańskimi przystojniakami i w
drogę….Na horyzoncie Rocky Mountains i całkiem sporo tysięcy kilometrów przed nami.

Punkt kulminacyjny Denver, który Iga planuje zrobić w 3 dni. Ja mam raczej nie ciekawe myśli.  W górach trzeba będzie wspiąć się dość wysoko, więc nie ukrywam że trochę się boję. Jest duża szansa, że mogę tej wycieczki nie przeżyć, albo w najlepszym razie mogę się na tym etapie pożegnać z przygodą, dosłownie, w sensie fizycznym, bo aż takim kilerem nie jestem, a poza tym będę strasznie zwalniać moją siostrę. Optymistyczne, moje drugie ja, natychmiast doszło do głosu. Cięta riposta padła mniej więcej tej treści: co mi tam, złapię stopa najwyżej, podrzucę się gdzieś parę mil z fajnymi ludźmi, wezmę Idze plecak żeby mogła na lekko, spotkamy się za x-mil. Na razie póki co czuję się nie najgorzej, Iga jest po prostu terminatorem, zasilanym kosmiczną chyba energią, generalnie nawet fajnie jest. O godzinie 11.00 temperatura niecałe 43 stopnie, nie ma biedy.

Stan Utah generalnie łatwy nie jest. Wszystko góra dół, cała masa Parków Narodowych, widoki zapierające dech w piersiach. Cały czas jedziemy drogą nr.70, choć generalnie nam nie wolno…zdjęcie 5Ogromne odległości do pokonania pomiędzy miejscowościami, brak snu i wody, zimno w nocy, żar lejący się z nieba w dzień. 10 dnia o świcie, w Goldfield na śniadanie zapraszają nas bardzo mili Państwo, do domu. Jemy, gadamy, bierzemy prysznic. Kierujemy się do Green River, po drodze oczywiście łapie nas burza. Jak patrzę na moje białe do niedawna torby Ortlieb, to naprawdę robi mi się przykro, że ja cały czas taka średnio czysta jestem na tej naszej wycieczce, a normalnie w życiu tak tego nie lubię przecież!

Tablica przy drodze informuje nas, że Welcome w Colorado….

13 dzień, piątek – Fruita, Grand Junction, Clifton, White Water, Delta, Mt.Rose, chwila na sen w Cimarron. Góry, zimno jak diabli. Amerykanie jak zwykle stanęli na wysokości zadania, wsparli nas miejscem na kempingu, kawą i krakersami po zmierzchu. Bite 7 godzin snu, potem Sapinero i śniadanko w Gunnison – moja ulubiona jajecznica, podana na smażonym, ziemniaczanym placku i kawa.   Lecimy przez Salidę do Poncha Springs, w Penrose do góry, prosto do Colorado Springs, zamiast jak pierwotnie planowałyśmy do Denver.  Ale… ,,przyszła kryska ‘’… stało się to czego obawiałam się w zasadzie od początku. Mój organizm się zbuntował w końcu, ciekawe dlaczego akurat w tym jak najbardziej nieodpowiednim momencie. Kolana miałam tak spuchnięte, że w zasadzie ciężko mi było chodzić, o jeżdżeniu nie mogło być już mowy. Gdybym mogła przelać na papier jakiś opis sytuacyjny, to takie mi się nasuwa skojarzenie, że jakby to ciałko napuchnięte, podzielić na mniejsze kawałki i obwiązać sznurkiem, to nawet moja mama, byłaby dumna z takiej szyneczki w koszyczku , na święta. Byłam raczej przekonana, że oto nadszedł mój kres, w sensie roweru oczywiście. Idze chyba zrobiło się mnie mocno żal, bo zadecydowała, że chyba czas na przerwę. Krótka narada i ustaliłyśmy, że ja się podrzucam z punktu do punktu stopem, ona dalej jedzie sama na rowerze. zdjęcie 7Czy ktoś mi uwierzy, czy nie moja siostra, kosmitka, w 14 dniu wycieczki po USA śmignęła na bajku 318 km. Od tego momentu bezgranicznie wierzę w to, że jak sobie człowiek coś wbije do głowy i naprawdę tego chce, to to zrobi! I że nie ma rzeczy niemożliwych i jeszcze to, że sami sobie wprowadzamy ograniczenia, a prawdą jest że wszystko zaczyna się w głowie.

15 dnia wycieczki, po 2 dniach jeżdżenia stopem i czekania na moją siostrę w miejscach przeróżnych, choć mało w gruncie rzeczy egzotycznych jak parki, ławki, Mc Donaldy, machania ręką przy drodze i ładowania mojego bajka na różne pickupy, kolana się naprawiły samoczynnie. Wróciły do swoich normalnych rozmiarów, nie bolały też nic. Piękne to było uczucie, szczególnie że już mnie zaczęło to jeżdżenie stopem męczyć. Diabeł zaś mi szeptał do ucha, że czas najwyższy wrócić do gry!

 

  Anna Wyroślak  /    14 March 2015  /   Bez kategorii, usa  /   0 Comments

comments

Comment this post