English Polish

USA – moja perspektywa

IMG_20140825_101043

Żeby opowiedzieć, jak to się wszystko tak naprawdę dla mnie zaczęło, muszę cofnąć się trochę w czasie. W połowie ubiegłego roku, po naszej wspólnej z Igą wycieczce do Karpacza podjęłam decyzję o zakupie roweru. Oczywiście nie trudno się domyślić kto był pomysłodawcą . Zaczęłam jeździć do stajni, czasem umawiałam się ze znajomymi z Krakowa na jakąś nieco dłuższą wycieczkę, pojechałam z koleżanką rowerem do Częstochowy.
W tym roku, w kwietniu Iga zadzwoniła do mnie nieoczekiwanie i powiedziała, że ma dla mnie niespodziankę – pojedziemy razem na Majorkę, ale bynajmniej nie w celu wylegiwania się pod palmą. Zabieramy rowery i będziemy jeździć. Dystans około 600 km, czas 7 dni. Rozbawiło mnie to trochę na początku, ale pomyślałam sobie co tam, zobaczymy jak będzie.

IMG_20140825_101043
Było ekstra, przejechałyśmy tą Majorkę dookoła ( 630 km w 5 dni ), najtrudniejsze okazały się góry, ale jakoś dałam radę. Poza tym przygoda była fajna – plecak, śpiwór i pełen spontan. Piękna przyroda, kupa śmiechu, fajni ludzie.

DCIM101GOPRO DCIM101GOPRODCIM101GOPRO

DCIM101GOPRODCIM101GOPRO

 

 

 

 

 

 

Potem były święta i je również spędziłyśmy turystycznie – zabrałyśmy Rodziców i rowery do Karpacza.

DCIM102GOPRO Zdjęcie0495 Zdjęcie0501

 

 

 

 

 

 

 

W maju nastąpiło wielkie BUUUMM! Zadzwoniła Iga:
- jedziesz ze mną do Stanów?
- jakich Stanów?
- no jak to jakich , Zjednoczonych!
- a po co?
- przejedziemy 6.000 km w 22 dni z San Francisco do Nowego Jorku
- hahaha, chcesz mnie zabić?! weź kogoś innego!
- coś ty, za mało czasu, nikt ze mną nie pojedzie!
- a kiedy ten wyjazd ( pytam )?
- no jak to kiedy , na początku czerwca bo potem tam będzie za gorąco
-HAHAHA , jak chcesz to przejechać w 22 dni, 300 km dziennie, zwariowałaś!
- normalnie! Jedziesz czy nie?!
Zatkało mnie! Tym razem na trochę dłużej niż zwykle. Milion myśli ( wiza- brak, pieniądze- brak, forma- brak, o co chodzi?! ), jakie Stany. Iga swoje – nie pojedziesz ze mną , pojadę sama. Jak wariatka jakaś normalnie! No to co miałam zrobić? Pierwszy raz pomyślałam, że chyba z nią pojadę. Siostra zadała mi pytanie – jak chcę to przejechać, odpowiedziałam że jeszcze nie wiem. Pomyślałam że jak pęknę to będę ją saportować autem. Iga – ty wiesz co to jest saport ?!– ekipa, która dba o zawodnika i tu nie chodzi o auto, ale o całokształt. Pomyślałam , mam to gdzieś, na zmartwienia przyjdzie jeszcze czas. Zapadła decyzja że jedziemy.
To co się zaczęło dziać później to już był Armagedon. Do załatwienia było wszystko na wczoraj. Szkoda chyba się w to zagłębiać, powiem tyle, że właściwie oprócz pomysłu, nie miałyśmy prawie nic.
Przystąpiłyśmy do realizacji zadania przy współudziale i poparciu życzliwych nam ludzi .Powstał team SISTERSONABIKE . ( Dziękujemy raz jeszcze : STEVENS, ODLO, E-NET PRODUCTION, DUOLIFE, PROFIDEA, ASDF GROUP, SIGMA, PETZL, BERGANS, EKO-FARM, HUTA SZKŁA ZAWIERCIE, FUNDACJA IM. ANNY PASEK, SAFER, FITWITHME, HAPPYFIT, JOMADENT)
Miałam jeszcze nadzieję że może nie dostanę wizy. W konsulacie pogratulowali pomysłu, życzyli powodzenia na wyprawie i wbili wizę na 10 lat.
No to wiedziałam już że pojedziemy. Czas zacząć trenować – koń, rower, basen. Zdawałam sobie jednak sprawę, że na zbudowanie mistrzowskiej formy trochę za późno ! Na szczęście geny mam dobre, ruszam się od lat, istniała szansa, że chociaż trochę pociągnę w duecie. Miałam nadzieję że siostra ma mega moc, okazało się że miała. W pierwszy weekend czerwca, w celu sprawdzenia formy i sprzętu przed wyprawą , Iga zaplanowała dla nas mały przelot treningowy na trasie Berlin- Hamburg / Wedel- Berlin ( około 760 km w 2,5 dnia). Zaliczyłyśmy test i chyba właśnie wtedy nabrałam przeświadczenia ,że Sistersonabike USA Trip 2014 może się udać.
Rodzice zawieźli mnie do Berlina. Bałaganu, awantury i takich tam nie będę opisywać bo i po co.
Wylądowałyśmy w San Francisco – pierwszy szok, rowery nie wylądowały z nami bo zostały w Chicago!
Wywleczona z łóżka , koło 2.30 ( zgadnijcie przez kogo ), zagoniona do roboty, pomyślałam co ja tu właściwie robię, po co mi to wszystko?! To źle, tamto źle, tego nie bierz, ogarnij się, musisz odciążyć bagaż- po co ci ten portfel, notes, pasta, ręcznik?! Jak to kurczę po co, myślę, rzeczy codziennego użytku przecież ( mama mi tłukła do głowy tyle lat że zęby trzeba myć przynajmniej 2 razy dziennie, a w domu normalnie zużywam dwa razy więcej pasty na takie czynności, więc i tak się ograniczyłam).
Spakowałyśmy się w końcu. Przespałyśmy chwilę, zeszłyśmy na śniadanie, potem powrót do pokoju i wyprowadzka! Mój rower wjechał do windy prosto z korytarza, ale się nie zmieścił na wprost i trzeba było go podnieść i przestawić. Ledwo dałam radę, taki ciężki był. Wtedy sobie pomyślałam że czegoś chyba nie rozumiem w tej wycieczce, bo jak można zaplanować 6000km w 22 dni jak się nie można obrócić w windzie.
Koszmarny dzień się zaczął dla mnie, Iga cały czas miała coś do załatwienia w San Francisco, ja głównie pilnowałam rowerów, cały czas w cieple, na chodniku. Uparłam się na zakup gazu pieprzowego do obrony, zaczepiłam kilka osób i wszyscy pytali google gdzie jest sklep . Kupiłam w końcu 2 sztuki- jeden dla mnie i jeden dla Igulki. 76 dolków co prawda, ale już czułam się bezpieczna.
Potem wyjazd z miasta. Bart tram, fajna sprawa.
A potem na bicykletach przed siebie, bez mapy ze szwankującą nawigacją….

Pierwszy kryzys spowodowany nadbagażem otworzył mi szerzej oczy. Najpierw zapiekł mi się hamulec, czego nawet nie zauważyłam, tak się przyzwyczaiłam już chyba do myśli, że lekko na wycieczce nie będzie. Potem tak się zdenerwowałam na głupotę własną, że musiałam poleżeć z pół godziny, bo serce tłukło mi się jak oszalałe. Widziałam w oczach Igi, że chyba też się poważnie martwi sytuacją .Od tego momentu przynajmniej dwa razy dziennie zaczęła zadawać mi pytanie, czy istnieje szansa że dostanę zawału. Geny mam najwyraźniej dobre ( tata zawsze mi powtarzał, że co mnie nie zabije to mnie wzmocni ), więc skończyło się na strachu, odciążyłam sakwy i było ok.

IMG_0275
Ładnie to sisterek mój opisał, do czasu kiedy dojechałyśmy na Camp do Yosemitte Park.

IMG_0234  IMG_0188

Głodna byłam, spragniona , wściekła i nastawiona mega negatywnie do wszystkiego. Ta przeprawa przez góry, ponad 170 km, potworny upał w dzień, zimno w nocy dały mi się we znaki. W głowie przed wyjazdem miałam głównie misie, które zjadają turystów, ale uwierzcie mi, że zmieniła mi się perspektywa postrzegania świata kompletnie. Drewniany stół zaczął kojarzyć się z dobrem luksusowym.

IMG_0242Jazda do Mammoth Lake, do serwisu rowerowego to był mój pomysł. Pokłóciłyśmy się o to po drodze z dziesięć razy. IMG_0264

Iga uważała, że jak zwykle dramatyzuję, bo jeden sprawny hamulec na wycieczce wystarczy w zupełności. Miałam na ten temat odmienne zdanie, potem okazało się że jednak na szczęście. Los sprawił że poznałyśmy Johna, który z uporem maniaka powtarzał że Death Valley to naprawdę jest Dolina Śmierci i tam nie ma miejsca na wygłupy.

Patrol policyjny i Ola, koleżanka mieszkająca w Stanach podobnie- nie jedźcie tam, to skrajnie niebezpieczne- dzikie zwierzęta, brak wody, upał i brak zasięgu.
W drodze kompromisu ustaliłyśmy, że i tak tam pojedziemy! Plan był taki ,że przejedziemy północną część najlepiej w nocy. ( Dave Legano, brytyjski aktor zmarł w Dolinie Śmierci 01.07 , prawdopodobnie z powodu przegrzania i odwodnienia organizmu )Życie pokazało, że ma wobec nas własne plany, Dolinę Śmierci przejechałyśmy w dzień.
Jak tam było pięknie!!!
Mimo potwornego gorąca i zmęczenia, cieszę się że dane mi było doświadczyć takich uczuć. Ktoś kiedyś powiedział że żyje się dla takich właśnie chwil – miał rację.
Deep Springs, zielona oaza pośrodku pustyni otoczonej górami, tego nie sposób zapomnieć. DCIM102GOPROW zasadzie od pierwszej chwili wiedziałam że tam sobie odpoczniemy. Spotkałyśmy cudownych ludzi. Serdeczni, ciepli, otwarci.
Po opuszczeniu tego cudownego miejsca i wielu milach przejechanych na rowerze, w środku nocy po raz pierwszy poczułam strach. Jechałyśmy do Beatty, ale miałam wrażenie że kręcimy się w kółko. Środek nocy, okolica oświetlana czołówką jak z filmu,, teksańska masakra piłą mechaniczną”, biały pickup w oddali i rudera przy drodze. Łut szczęścia, że pojawił się Miguel ze swoją ciężarówką. W zasadzie nie wiem kto był bardziej zaskoczony – ja, że ktoś stanął przy drodze, czy on widząc dwie kobiety na rowerach pośrodku niczego. Bardzo szybko podjęłam decyzję że trzeba uciekać stamtąd i co … moja siostra stawiła natychmiast taki opór, że obiecałam sobie że jak będzie trzeba to ją uderzę ( po raz pierwszy chyba w życiu), zwiążę, zaknebluję i wrzucę do tego traka. Poza tym obiecałam rodzicom, że do nich wrócimy razem i w jednym kawałku.
Zmierzamy do Las Vegas. Mila za milą – potworny wiatr wieje nam cały czas w twarz, do tego żar leje się z nieba. Ludzie spotkani po drodze nie mogą uwierzyć w to co do nich mówimy. Przestrzegają przed podejmowanym niepotrzebnie ich zdaniem ryzykiem, jak mantrę powtarzają : be save. Szaleństwo jakieś, ale przemy do przodu. Igę dopada pierwszy kryzys – bezustannie jedzie pierwsza, walczy z wiatrem, ciągnie mnie za sobą, ale z każdą milą ma coraz bardziej podły nastrój. Oskarża Wszechświat że jej nie sprzyja i wszystko jest nie tak jak miało być. Cały czas słyszę że mamy 22 dni na zrobienie tych Stanów. Nie wiem o co jej tak naprawdę chodzi, ale wspieram ją jak mogę .Dla mnie sukcesem będzie przejechanie tej drogi, dla niej liczy się założony plan. Nie mogę już tego słuchać 6000 km w 22 dni! Jaki ją opętał diabeł?! A te wszystkie niespodzianki po drodze? Nie założyła moja siostra w swoich planach trudności żadnych. To że jesteśmy na nieznanym lądzie i przemierzamy kontynent! Fajnie jest pojeździć rowerem w niedzielę po obiedzie, po parku, ale to jest wyzwanie innego rodzaju. Wtedy pierwszy raz bardzo poważnie zadaję jej pytanie – po cholerę jasną ciągnęła mnie ze sobą do tych Stanów?

 

  Anna Wyroślak  /    9 September 2014  /   usa  /   One comment

comments

  1. heca /

    Luuubie to :)

Comment this post