English Polish

Las Vegas

IMG_0337p

Jesteśmy podekscytowane i ciekawe jak wygląda Miasto Grzechu.  Odkąd wyjechałyśmy z Yosemitte National Park planujemy co będziemy robić w Vegas. Ania marzy o żółtym drinku z parasolką, ja o wygranej w kasynie i zmierzeniu się z jednorękim bandytą. W końcu jesteśmy na wakacjach, możemy robić co nam się podoba. Mamy kieszonkowe, więc no risk no fun! Pedałujemy coraz bardziej ochoczo i  czekamy  jakich wrażeń dostarczy nam miasto. Wspaniale, że jesteśmy tutaj razem! IMG_0337p
To niesamowite przeżycie, niezapomniane chwile, które wpisują sie w naszą rodzinną kronikę. Wreszcie mamy okazje, żeby nagadać się za wszystkie czasy, bo przecież na co dzień nie mieszkamy razem a nasz kontakt ogranicza się głównie do rozmów telefonicznych i weekendowych wypadów. To, że tak cieszymy się z tych wspólnie spędzonych chwil, nie oznacza jednak, że jest miedzy nami pełna harmonia i jednomyślność w podejmowaniu decyzji. Czasem leją się łzy, na twarzy rysuje cierpienie, są też minuty ciszy i wyzwiska pod nosem. Na szczęście te momenty trwają krótko, już po chwili jak zwykle, kupa śmiechu i dalej się kochamy. Do Las Vegas dojeżdżamy o poranku. Miasto zaczyna budzić się do życia, wstaje słońce, zwiastując gorący dzień, pełen wrażeń. Typowych urlopowiczów nie widać jeszcze na Bulwarze, za to dużą uwagę przyciągają biegaczki i biegacze, manifestujący swoje piękne ciała. Obrazy, które migają nam przed oczami są jak zdjęcia wycięte z amerykańskiego filmu. Taki Słoneczny Patrol, tylko miejscówka trochę inna. Służby sprzątające, ogrodnicy, serwis hotelowy, ogromna ilość personelu, dbająca o utrzymanie miasta w czystości. Do tego ulicami przewijają się ,,wczorajsi’’ imprezowicze i długodystansowi hazardziści, dla których pora dnia nie ma tutaj większego znaczenia. Jedziemy przez miasto, zachwycamy się czystością, zapachem i specyficznym klimatem, który sztucznie stworzyli ludzie. Ogromne miasto w samym sercu pustyni. Nie widać kurzu ani brudu. Miasto, które nigdy nie śpi. Czujemy się tutaj jak na placu zabaw dla dorosłych. Taki mały rollercoster! Poniższy cytat z  Wikipedii najlepiej obrazuje to, co chcę powiedzieć (…) ,,Las Vegas ma jeden z najwyższych współczynników samobójstw oraz rozwodów w Stanach Zjednoczonych. Badania przeprowadzone w 2008 roku wykazały, że szanse mieszkańców Las Vegas na popełnienie samobójstwa spadają o 40% w przypadku, gdy opuszczą oni miasto. Natomiast wśród przyjezdnych do Las Vegas szanse na popełnienie samobójstwa są dwukrotnie większe, niż gdy przebywają w innym miejscu” (…)

To nasza szósta doba od momentu opuszczenia San Francisco. Snu do tej pory miałyśmy jak na lekarstwo. Spanie nasze ogranicza się od 2 do 4 godzin, pedałowanie zajmuje większość czasu.  Jest 9:00 rano, Ania od wczoraj nic nie jadła (za to spała prawie godzinę na stacji benzynowej), podczas gdy ja objadałam się obrzydliwym, niesmacznym amerykańskim fast foodem, popijając strawę zimnym sokiem ananasowym. Na śniadanie nie mamy o dziwo zupełnie ochoty. Wchodzimy do kasyna, gdzie czujemy się trochę zagubione. Parkujemy rowery w środku, polujemy na jednorękiego bandytę, w rezultacie przegrywamy 7 dolków.IMG_0356

Fajne przeżycie, kupa śmiechu i zabawy. Pewnie zostałybyśmy tam trochę dłużej,  jednak czas nas goni. Rozglądam się za barem koktajlowym dla Ani, ale jest dopiero 10:00 rano, trochę więc za wcześnie na alkoholową przygodę. W drodze kompromisu postanawiamy nadrobić zaległości w Nowym Jorku. Zaliczamy kąpiel w fontannie, testując przy tym nieprzemakalne ciuchy ODLO.

IMG_0373pIMG_0374p

Jemy pyszny obiad w hotelu, potem mała sjesta i zaczynamy oswajać się z myślą, że musimy ruszać w drogę. Chciałybyśmy zostać znacznie dłużej, poczuć atmosferę nocnego życia. W Vegas mamy jeszcze ambitny plan przejechania USA w 22 dni, który wydaje się być realny, pod warunkiem, że nie pojedziemy dalej na południe do Wielkiego Kanionu, tak jak zakładałyśmy na wstępie. Dość długo to rozważamy, ponieważ Kanion Colorado miał być główną atrakcją naszej wycieczki. W końcu z wielkim bólem podejmujemy decyzję, że zwiedzimy go w przyszłym roku.  Jedziemy przez miasto i kierujemy się na Denver. Wyjeżdżamy z przyzwyczajenia na autostradę, ale już po kilometrze siedzą nam na ,,ogonie’’ gliny, grzecznie prosząc o jej opuszczenie. Wyjazd z miasta graniczy prawie z cudem i zajmuje nam jakieś 2-3h. To miasto jest długie jak miesiąc… Peryferie nie okazują się już takie piękne, czyste i pachnące. W miejsce krajobrazu wpisują się gangi, narkomani i bieda, której nie było widać w metropolii. Kiedy opuszczamy miasto, wiatr znowu daje o sobie znać. To napawa mnie wstrętem. Ania stara się rozładować złe emocje, ale po chwili daje za wygraną. Obie zaczynamy przeklinać pod nosem i zastanawiać się nad sensem całej wyprawy do Stanów. W końcu wyjeżdżamy na autostradę, wiatr  trochę zelżał. Udajemy się w kierunku St. George w stanie Utah, od której dzieli nas jakieś 200 km. Jedziemy przed siebie, jest piękna pogoda, żar leje się z nieba, wraca nam humor. Po drodze wjeżdżamy do Overton w Nevadzie, gdzie rozpoczyna się festiwal kulturalny. Amerykanie patrzą na nas jak na kosmitki. Fakty są takie, że od momentu wyjazdu z San Francisco nie widziałyśmy żadnego rowerzysty (długo jeszcze przyjdzie nam poczekać na ten widok). Jedziemy dalej, zaczyna zbierać się na burzę. Jest godzina 19:00, znowu zrywa się porywisty wiatr i niestety dopada nas rzeczywistość. Szybko ubieramy ciuchy przeciwdeszczowe, ale nie ma to już większego sensu,  jesteśmy mokrusieńkie, nie wzrasta także poczucie komfortu psychicznego. Błyskawice i pioruny nad głową wyzwalają u mnie poczucie strachu. Jest noc, nie widać żywej duszy, żadnego budynku na horyzoncie. Traki jadą jeden za drugim. Nic nie mówię, gram twardzielkę przed moją starszą siostrą, ale boję się panicznie. Nie lubię piorunów!!! Boję się, że mi się białko zetnie jak mnie któryś trafi :) Odstawiłyśmy rowery i siadamy jakieś 300 metrów dalej. Postanawiamy przeczekać . Nie mamy namiotu, za to mamy folię NRC. Zaczyna robić się zimno, jesteśmy głodne, zmęczone i wychłodzone. Dalej pada, ale grzmotów już nie słychać. Czujemy się w miarę bezpiecznie, wskakujemy na rowery, jedziemy dalej pełne nadziei, że gdzieś za rogiem będzie miejsce, gdzie będziemy mogły coś zjeść, odpocząć  i skorzystać z sanitariatów. Po dwóch godzinach dojeżdżamy na stacje benzynowa. Pijemy gorącą kawę, jemy ciepły posiłek i rozglądamy się za miejscem do spania. Logujemy się na tyłach stacji, pod motelem, który wydaje się być nieczynny.  Planujemy 3 godziny snu, nastawiamy budzik, rozkładamy śpiwory, kładziemy się na cieplutkim asfalcie i  w sekundzie zasypiamy. To już nasza 7 doba, zaczynamy odczuwać zmęczenie. Marzy nam się wanna, łóżko i czysta pachnąca pościel. Na tym etapie wszystkie te luksusy pozostają raczej w sferze marzeń. Jest 2:30 nad ranem, budzik dzwoni jak oszalały, szturcham Anię ale ona nie chce słyszeć, że musimy się zbierać. Wymusza na mnie jeszcze godzinę snu. Około 4:00 siedzimy ponownie na rowerach, jedziemy dalej, przez Nevadę w kierunku Arizony. Obserwujemy piękny wschód słońca, leci mila za milą, mamy super pogodę i wreszcie jedziemy z górki. Około 10:00 dojeżdżamy do miejscowości Mesquite (Nevada), gdzie Ania znowu zasypia na asfalcie.

IMG_0419p

Nie mam ochoty na sen, za to (jak zawsze w moim życiu) towarzyszy mi głód. Idę zobaczyć co serwuje Mc Donald’s… Po śniadaniu, porannej kawie i uzupełnieniu bidonów wyruszamy w dalszą podróż. Nie przypuszczamy nawet co czeka nas przez następne 50 km. To jeden z najgorszych etapów naszej wycieczki. Jedziemy autostradą numer 15, która na wielu odcinkach jest remontowana. Szansa, że znajdziemy się pod kołami jakiegoś tracka gwałtownie wzrasta, szczególnie, że zgubiłyśmy jedną chorągiewką sistersonabike. Już po kilku godzinach brakuje nam wody. Żar leje się z nieba, nie kończące się podjazdy i mosty, które nie są przystosowane dla rowerzystów, wywołują u nas lekką panikę. Nie mamy wyjścia, musimy jechać dalej, obie zdajemy sobie doskonale sprawę jak dużo ryzykujemy. Nie mamy picia, zostały tylko jakieś owoce.

IMG_0431 IMG_0436

Kładziemy się pod mostem, żeby trochę odpocząć, mając przy tym nadzieję, że ktoś się zatrzyma i uraczy nas łykiem wody. Na próżno…  Jesteśmy wyczerpane. Przejeżdżamy Arizonę -

IMG_0424po wjeżdżamy do Utah.

IMG_0451pomniejszone

Jeszcze kilkanaście kilometrów i dojedziemy do miasta, w którym będziemy mogły odpocząć. Na horyzoncie pojawia się Burger King. Los, po raz kolejny zapala dla nas światełko w tunelu…

 

 

  Anna Wyroślak  /    21 October 2014  /   Bez kategorii  /   0 Comments

comments

Comment this post